zdjęcia: archiwum Piotra Pogona
Miał 16 lat, gdy z bólem szyi i ucha wrócił do domu z obozu wędrownego w Tatrach. "Przeziębienie" okazało się guzem w gardle. Był szpital, krwotok i ciężka walka o przetrwanie. Wygrał, nieświadomy, że to dopiero początek zmagań z chorobą.
Jest 1993 rok. Piotr ma 26 lat, żyje na pełnych obrotach: własna firma, rodzina, mnóstwo planów na przyszłość. Nowotwór atakuje ponownie. "Wkurzyłem się. Miałem żonę, dziecko – nie mogłem wtedy odejść". Były przerzuty, usunięto mu lewe płuco. Kilka dni po wypisaniu ze szpitala wsiadł na rower i przejechał 40 kilometrów. Spał potem dwa dni, ale wiedział, że jest na tyle silny, by pokonać chorobę i… dalej żyć pełną parą.
Oddał się pracy – jego firma jako jedna z pierwszych w Polsce zajmowała się wówczas ceramiką reklamową. "Byłem biznesmenem pełną gębą. Dosłownie. Każdy poranek zaczynałem od lektury "Rzepy" i czterech pączków. Spędzałem w firmie niemal 24 godziny na dobę, zaniedbałem sport". Dojście do wagi 98 kg było jak zimny prysznic. "Ćwiczyłem trzy razy w tygodniu, bez widocznych rezultatów. Zacząłem biegać i to był strzał w dziesiątkę.
Trening siłowy, w połączeniu z aerobowym, spowodował spadek wagi. Czułem się coraz lepiej" – opowiada. Biegał 10, potem 15 km. Sam ustalał program ćwiczeń, nauczony doświadczeniem, że najlepiej wsłuchiwać się w swój organizm. Wziął udział w pierwszych w swoim życiu poważnych zawodach – krakowskim "Półmaratonie Marzanny". Teraz nazywa to "raczkowaniem", ale wtedy złamanie 21 kilometrów dało mu motywację do dalszych treningów.
W 2004 roku wszystko zaczęło się sypać. Piotr wpadł w finansowy dołek, musiał sprzedać firmę. Potem był rozwód, a na skutek komplikacji po drobnym zabiegu chirurgicznym – częściowa utrata słuchu. Wtedy poznał Annę Dymną. "Ta kobieta podała mi rękę w najtrudniejszym momencie życia. Można powiedzieć, że wyciągnęła mnie ze schroniska dla bezdomnych" – wspomina Pogon. Fundacja pani Anny "Mimo wszystko" sfinansowała zabieg endoskopowego oczyszczania zatok Piotra. Zaczął pracę w fundacji za symboliczne wynagrodzenie, jako terapeuta. Sprawdził się, zaufali mu i… został fundraiserem – "pośrednikiem dobra", jak sam nazywa swoją profesję.
Kiedy w 2007 roku usłyszał od Anny, że grupa niewidomych Włochów pod opieką wolontariuszy weszła na Kilimandżaro, coś go ruszyło. "Zdobędę pieniądze na taką wyprawę" – obiecał sobie i jak postanowił, tak zrobił. Roz poczęło się 10 miesięcy żmudnej pracy – nie tylko fundraisera, ale i biegacza. "Rok treningu w górach dał mi więcej niż trzy lata spędzone w mieście. Dzięki crossowi oswoiłem uczucie bezdechu na podbiegach" – twierdzi Piotr. Przygotowania do wyprawy musiał dostosować do codziennych realiów. Pływał z rana sześć dni w tygodniu, a do pracy dojeżdżał rowerem – 60 km w jedną stronę. "Jedynym problemem był brak prysznica w biurze, za co szczerze przepraszam teraz moich kolegów i koleżanki" – żartuje Pogon.
1 października 2008 r. ekipa Piotra – koordynatora projektu – ruszyła na Kilimandżaro. Wśród niepełnosprawnych znaleźli się m.in.: zdobywca obu biegunów Jasiek Mela (na zdjęciu obok Piotr w jego towarzystwie) oraz paraolimpijczycy – Katarzyna Rogowiec, Piotr Truszkowski i Jarek Rola. Z dziewięciu niepełnosprawnych uczestników wyprawy na szczyt dotarło pięciu, w tym Piotr. Pozostali – ze względu na skrajne wyczerpanie bądź niemożliwe do pokonania przez wózki "podejścia" – musieli się wycofać.
"Najtrudniejszym momentem była decyzja o zawróceniu jadącego na wózku Piotra Truszkowskiego. Chłopak uciekał wręcz swoim przewodnikom, poruszając się tylko na kikutach… Wielka, a zarazem dramatyczna chwila" – wspomina Pogon. Brak tlenu spowodował, że sam z wejścia na szczyt nie pamięta zbyt wiele: wschód słońca nad masywem Mawenzi, huk pękającego lodowca, sine wargi mdlejącego Jaśka, trud wyciągania flag sponsorskich na szczycie i poczucie tej wielkiej radości, że udało się dokonać czegoś niesamowitego.
Po powrocie Piotra do kraju zadzwoniła koleżanka z Chicago. Powitała go słowami: "Pogon, przesadziłeś lekko… Widziałam cię w CNN!". Nikt wcześniej nie odważył się w Polsce na zorganizowanie tak spektakularnej wyprawy wysokogórskiej z udziałem tylu niepełnosprawnych osób. Ekipa z "Mimo wszystko" chciała dać ludziom nadzieję, pokazać, że każdy może zdobyć swoje własne Kilimandżaro. Napisał do nich chłopak z ciężkim porażeniem kończynowym. Dziękował, bo uwierzył, że kiedyś o własnych siłach dojdzie do umywalki…
Kilimandżaro zmieniło Piotra, jego priorytety. "To było bardzo osobiste przeżycie. Po tej wyprawie nic nie jest jak dawniej" – mówi. Pogon odszedł z Fundacji Anny Dymnej, by pomóc Jaśkowi Meli zrealizować jego własny projekt – "Poza horyzonty". Potem zadzwonili z Afryki: "Pakuj się, lecisz na Lewa Marathon". Zaproszenie dostał od… Piotra Pogonia – pracownika ambasady polskiej, którego poznał w Nairobi, tuż przed wyprawą na Kilimandżaro. Zbieżność nazwisk sprawiła, że mężczyźni utrzymali kontakt i wspólnie przygotowali projekt wsparcia dla franciszkańskich ośrodków misyjnych w Kenii. Gdyby nie pomoc finansowa polskiej ambasady, Piotr nie wystartowałby w "Lewie".
Przed wyjazdem biegał w terenie o dużej różnicy wzniesień, zwiększył też liczbę powtórzeń ćwiczeń na mięśnie nóg. Codziennie pływał, a raz w tygodniu brał udział w biegach długodystansowych z cyklu "Jasiek Mela Team". Nie spodziewał się ogromu wrażeń, jakie czekały na niego w Afryce. "Atmosfery biegu nie da się opisać. Po prostu trzeba to zobaczyć na własne oczy" – przekonuje Pogon. Trasa maratonu wiedzie przez jeden z najpiękniejszych parków narodowych Kenii. Zawodnicy pokonują kilometry w pyle na wysokości ponad 2200 m n.p.m. Przed oczami mają masyw Mount Kenya, pasące się wokół stada antylop i bawołów, nieco dalej kręcą się słonie, lwy, nosorożce. Przez cały czas nad głowami uczestników latają śmigłowce ekip telewizyjnych.
Większość osób wybiera pętlę półmaratonu. Druga pętla to właściwy, ponad 42-kilometrowy maraton. "Na 35. km dopadł mnie kryzys temperaturowy. Żar lał się z nieba, wypiłem już ponad 5 litrów wody, a do mety prowadził długi podbieg. Było ciężko. Pomyślałem jednak o ludziach, którzy mi zaufali… Nie mogłem ich zawieść" – opowiada Piotr. Na metę dotarł jako 51. spośród ponad 1000 startujących osób.
Organizatorzy nie wiedzieli nic o jego niepełnosprawności. Kiedy "tajemnica" wyszła na jaw, zrobiło się zamieszanie. Sam Paul Tergat – człowiek, który jako pierwszy na świecie pokonał maraton w czasie 2:05 – przerwał posiłek i osobiście podszedł uścisnąć Pogonowi dłoń. "Gratulacje Paula to dla mnie wielki honor. Moje bieganie przy jego osiągnięciach jest jak porównywanie ciągnika Zetor z Porsche 911" – mówi Piotr.
Choroba wzmocniła w Piotrze przekonanie, że darowany czas trzeba maksymalnie wykorzystać. Bywa, że sypia 24 godziny na… tydzień. Praca fundraisera jest absorbująca, szczególnie gdy samemu uczestniczy się w organizowanych wyprawach. Ostatnio był Elbrus – najwyższy szczyt Kaukazu.
"Wspinaliśmy się po lodowcu. Atak na górę trwał od 2.00 w nocy przy temperaturze -30 stopni C, mocnym wietrze i świeżym śniegu. Jasiek Mela i niewidomy Łukasz Żelechowski musieli zawrócić. Zdobyli Elbrus dwa dni później, po 17 godzinach nieustającej wspinaczki…" – opowiada Piotr. "Zamiast wbić flagę po wejściu na szczyt, zwyczajnie zwymiotowałem" – wyznaje szczerze.
Ostatnio ma na sport trochę mniej czasu – szuka funduszy na NY Marathon. Główny sponsor imprezy zaprosił aż pięciu biegaczy z "Jasiek Mela Team". Takiej szansy nie wolno zmarnować. Co potem? Piotr chce pomóc Meli zdobyć Koronę Ziemi – wszystkie najwyższe szczyty poszczególnych kontynentów. Nie wie, czy pójdzie na wyprawę z młodszym kolegą. Życie płatało mu już takie figle, że oprócz posunięć zawodowych nie planuje nic. Wierzy, że dzięki jego pracy fundacja Jaśka "Poza horyzonty" będzie w bliskiej przyszłości najbardziej profesjonalną i dynamiczną polską organizacją pozarządową.
"Gdy tak się stanie, mogę spokojnie zacząć się starzeć. Najlepiej w cieple. Może w Afryce?" - mówi.
RW
Zamów prenumeratę Runner's World - dostaniesz 6 numerów w cenie 4!